wtorek, 16 grudnia 2014
WOJŁOK...
..czyli jak pies robił torbę (koszyk znaczy)...
...i jak wykorzystać pamiątkową narzutę...
Jakieś 23 lata temu, przy okazji Pierwszej Komunii Św. dostałam wojłok (przynajmniej tak u nas w domu nazywało się taki koc/kapę/narzutę)
Mój był najpiękniejszy.. miał takie żywe, nieczęsto spotykane w tych kocach zielenie i pomarańcze :)
Na ówczesne zimy był idealny:)
Bez mojej wiedzy i pod moją nieobecność wojłok przywłaszczył pies...

wytarmosił i wstępnie spruł w kilka chwil..
i zrobić ogromną torbę/kosz/worek
na zdjęciu nie wygląda, ale jest dość sztywny, leży sobie teraz przy biurku na podłodze załadowany "rzeczami chwilowo nieużywanymi"
nie pozostało nic innego jak dokończyć prucie, a przynajmniej uratować jak najwięcej cennych, pamiątkowych "nitek"...:)
i zrobić ogromną torbę/kosz/worek
na zdjęciu nie wygląda, ale jest dość sztywny, leży sobie teraz przy biurku na podłodze załadowany "rzeczami chwilowo nieużywanymi"
czwartek, 11 grudnia 2014
ZIMOWY WIANEK
... stroik cieplutki po prostu :)
... wykonany na szydełku i drutach :)
...bo nie mogłam zdecydować się na wersję ostateczną i wszystkie dodatki nieprzyszyte są :)
...koło, baza wianka, to takie gąbki, które mi zostały po... owocach...miałam całą hurtownianą skrzyneczkę z owocami, wraz z zabezpieczającymi je gąbkami...tych ostatnich było bardzo dużo...trochę zostawiłam i wiadomo... przydasie :)
... nie opłaca się jednak w celu pozyskania gąbek kupować winogron, bo gąbek zostało mi dużo, a wianek wyszedł jeden :)
...lepiej zainwestować w bazę do wianków styropianową na przykład
...biały i szary "rękaw" robiłam na drutach
... wykonany na szydełku i drutach :)
jak widać poniżej nieskończony...
...bo nie mogłam zdecydować się na wersję ostateczną i wszystkie dodatki nieprzyszyte są :)
...koło, baza wianka, to takie gąbki, które mi zostały po... owocach...miałam całą hurtownianą skrzyneczkę z owocami, wraz z zabezpieczającymi je gąbkami...tych ostatnich było bardzo dużo...trochę zostawiłam i wiadomo... przydasie :)
... nie opłaca się jednak w celu pozyskania gąbek kupować winogron, bo gąbek zostało mi dużo, a wianek wyszedł jeden :)
...lepiej zainwestować w bazę do wianków styropianową na przykład
...biały i szary "rękaw" robiłam na drutach
a wszystkie kwiatuszki, serduszka i inne wyciągnęłam z mojego koszyka na takie różne próbki szydełkowe...
to co pozostaje podjąć decyzję i przyszyć wybrane kwiatki, bratki do wianuszka :()
TRANSFER
Tutaj transfer na próbę, czyli jak to się robi z drukarką atramentową...
miałam wolną skrzynkę po jabłkach, resztkę białej farby, drukarkę atramentową (tą ostatnia wciąż mam;) ) i chęć wypróbowania, czy transfer bez użycia chemikaliów powiedzie się :)
powiódł się... :)
- skrzynię pomalowałam farba biała akrylowa do drewna
- dzielnie poczekałam, aż wyschnie
- wydrukowałam grafiki i tu najważniejsze :) grafiki z deco-szuflady, od Pani Izy :)
- wydruk przyłożyłam stroną z motywem do skrzynki (przykleiłam z jednej strony, żeby móc podglądać, czy się odbija :) )
- wzięłam łyżeczkę i garbatą jej częścią :) "jeździłam", dość mocno przyciskając, po kartce
a ponadto:
- bukieciki lawendowe wszystkie trzy z jednego wydruku
- grafikom z napisami zrobić lustrzane odbicie :)
a co najważniejsze:
deco-szuflada to dla mnie najbardziej inspirujące miejsce w sieci, nie tylko dlatego, że Pani Iza ułatwia życie nie jednej rękodzielniczce... jej szuflada jest po prostu pełna najpiękniejszych skarbów, przydasiów i pomysłów :)
a to nie był mój pierwszy transfer w ogóle...bo już robiłam tylko chemicznie... i o tym później :)
środa, 10 grudnia 2014
WAGA...
...zakupiona na starociach po rozkręceni, wyczyszczeniu i skręceniu :) pomalowana została farbą do metalu czarną (trochę z niecierpliwości taki kolor...została farba po malowaniu maszyny :) )
...na próbę jedną stronę wagi wykończyłam farbą białą malując metodą suchego pędzla...
a mąż uznał, że z białym lepiej (niech mu będzie), więc prawie całą potraktowałam wagę suchym pędzlem z białą farbą:)
...na próbę jedną stronę wagi wykończyłam farbą białą malując metodą suchego pędzla...
a mąż uznał, że z białym lepiej (niech mu będzie), więc prawie całą potraktowałam wagę suchym pędzlem z białą farbą:)
początkowo stała jako podtrzymywacz słoiczków z przyprawami na blacie kuchennym...
ale już mi się znudziło i robi za stojak na zioła na parapecie :)
wtorek, 9 grudnia 2014
TORT MIĘTOWY...
... chociaż miał być niebieskawy :)
...przepisu nie będzie, a był pyszny :)
myślałam, że mam zdęcia krok po kroku i będę wiedzieć co i jak, ale mam tylko zdjęcia pierwszych dwóch kroków i ostatniego :()
To był tort rocznicowy, dwuosobowy
... więc
...foremkę trzeba była stworzyć mniejszą
odrysowałam delikatnie koło na foli i papierze do pisania...
... i lepiłam formę z foli aluminiowej
pomagałam sobie naczyniem (metalowy okrągły pojemnik do przechowywania żywności ;> )
"oblepiałam" pojemnik (od zewnątrz ;) w sumie trzy warstwy folii
na koniec wyjąć naczynie włożyć papier do pieczenia i ... gotowe
...przepisu nie będzie, a był pyszny :)
myślałam, że mam zdęcia krok po kroku i będę wiedzieć co i jak, ale mam tylko zdjęcia pierwszych dwóch kroków i ostatniego :()
To był tort rocznicowy, dwuosobowy
... więc
...foremkę trzeba była stworzyć mniejszą
odrysowałam delikatnie koło na foli i papierze do pisania...
... i lepiłam formę z foli aluminiowej
pomagałam sobie naczyniem (metalowy okrągły pojemnik do przechowywania żywności ;> )
"oblepiałam" pojemnik (od zewnątrz ;) w sumie trzy warstwy folii
na koniec wyjąć naczynie włożyć papier do pieczenia i ... gotowe
przed wylaniem ciasta do formy należy ułożyć ją na blaszce z piekarnika
taka foliowa forma zachowuje się jak silikonowa... trudno ją przenieść do piekarnika, a tu dodatkowo nasza niepewna konstrukcja :)
to był krok pierwszy
drugi:
upieczony biszkopt :) z odpowiednio zmniejszonej ilości składników :)
i ostatni etap uwieczniony:
ale:
tyle ile pamiętam :)
biszkopt był czekoladowy... z dodatkiem kakao czyli :)
krem był budyniowy... pół z barwnikiem niebieskim pół bez :) (tylko góra, wierzch tortu na niebiesko)
biszkopt nasączony naparem miętowym i tenże napar ponadto w polewie czekoladowej :)
czwartek, 4 grudnia 2014
OSIEM MIESIĘCY Z INTERFERONEM
Brzmi to nieprzyzwoicie, ale tak się stało... zaczynam dziewiąty miesiąc...z interferonem :(
Co trzy miesiące musimy na oddziale poddać się pielęgniarce i większej igle niż ta na co dzień (na co drugi dzień dla ścisłości) - w celu pobrania krwi oczywiście i ustalenia, czy wszystko "gra" :)
Tak też wypadło na wczoraj :) zdecydowanie wolę wypompowywanie niż wpompowywanie :))
... mniej boli, nie muszę patrzeć na igłę się zbliżającą, a co najważniejsze...nie muszę sama sobie tego robić :)
a w ogóle w tym miesiącu wczytywałam się w wieści o takim leku Tecfidera ... lubię mieć nadzieję, że kiedyś będę mogła zapomnieć o zastrzykach...
Co trzy miesiące musimy na oddziale poddać się pielęgniarce i większej igle niż ta na co dzień (na co drugi dzień dla ścisłości) - w celu pobrania krwi oczywiście i ustalenia, czy wszystko "gra" :)
Tak też wypadło na wczoraj :) zdecydowanie wolę wypompowywanie niż wpompowywanie :))
... mniej boli, nie muszę patrzeć na igłę się zbliżającą, a co najważniejsze...nie muszę sama sobie tego robić :)
a w ogóle w tym miesiącu wczytywałam się w wieści o takim leku Tecfidera ... lubię mieć nadzieję, że kiedyś będę mogła zapomnieć o zastrzykach...
poniedziałek, 1 grudnia 2014
PRAWY DOLNY RÓG...
...globusa :)
Cezary Łasiczka urzeka mnie w swoim OFF Czarku przeważnie...
...ale dziś moje serce należy do gościa dzisiejszego programu :)
ps. w mojej pralce też mieszka "sock monster"... na szczęście pożera tylko mężowe skarpetencje :)
Cezary Łasiczka urzeka mnie w swoim OFF Czarku przeważnie...
...ale dziś moje serce należy do gościa dzisiejszego programu :)
ps. w mojej pralce też mieszka "sock monster"... na szczęście pożera tylko mężowe skarpetencje :)
poniedziałek, 3 listopada 2014
SIEDEM MIESIĘCY Z INTERFERONEM...
...zaczęło się niespodziewanie...
wracam z oddziału, uzbrojona w nową partię, następnego dnia mam zastrzyk...wyciągam oprzyrządowanie :) i co się okazuje... ze fiolki i strzykawki z partii starszej (pasującej do pierwszego wstrzykiwacza), a igły z nowszej (nie pasujące do starszego wstrzykiwacza:) )
sprawa nie wyszłaby na jaw, gdybym zastrzyki robiła ręcznie...nawet bym nie zauważyła....ale, ze ja zmechanizowana jestem... to od razu coś...w coś nie chciało się dopasować :)
telefon do siostry oddziałowej...
Pani Ania przeprasza i pyta, czy mogę miesiąc ręcznie zastrzyki robić...odpowiadam, że tak, a potem cały miesiąc czekam....żeby się już skończył :)
... pierwszy zastrzyk bez pistoletu...był w brzuch...nie bolało, ale zbyt długo trwało...:( siedzę ze strzykawką w brzuchu...i czuję, że zaczyna brakować mi powietrza :) to oczywiście, głównie w głowie brakowało :) no ale zaczynam oddychać głębiej, igła z każdym oddechem bardziej się rusza...
...więc dostrzegam jakiś dotąd niezidentyfikowany komizm tej sytuacji, zaczynam się śmiać...
taka sytuacja (już bez śmiania) przytrafiła mi się ponownie przy zastrzyku po lewej stronie brzucha...nigdzie indziej nie...
...były jeszcze zastrzyki, który wykonywał mąż... jego pierwsze :) mąż dlatego, że miało być w cztery litery...a ja z gumy to zbyt bardzo nie jestem...
mnie stresowało to, że nie będę widzieć (bo z tyłu) [czyt. nie będę mieć kontroli, nad tym co się dziej;)] i, że M. jeszcze tego nie robił... powiedziałam, że drugiego półdupka mężowi nie oddaam :)... podobno zbyt bardzo się ruszałam :))
jak na pierwszy raz nie było źle, ale ja w związku z tym, że nie skupiałam się na robieniu zastrzyku, to wszystko inne odczuwałam mocniej....
potem się jednak zdecydowałam oddać strzykawkę w męża ręce ponownie...ale chyba na pewno nie będzie trzeciego razu :)) a w ogóle to od dzisiaj mam już wszystko do wszystkiego pasujące, więc można robić wstrzykiwaczem :)
na oddziale spotkałam Gosię, dużo czasu pochłonęła nam dzisiaj wizyta na oddziale, więc zdążyłyśmy szybko podzielić się wieściami minionego miesiąca :)) za miesiąc się nie spotkamy...bo nam się ilości interferonu nie zgadzają :) ale żeby nic nie stracić umówiłyśmy się, że się umówimy :) ... na kawę :)
jeszcze miałam taaaaką jedną noc w minionym miesiącu...przeziębiona byłam, gardło bolało...nawet miałam temperaturę, co ostatnio zdarzyło mi się w dzieciństwie...i to przed klasówką...jak wsadziłam termometr do herbaty :)
przeziębienie przeziębieniem...zastrzyki trzeba robić...ledwo zrobiłam, ledwo zapakowałam się do łóżka, dostałam takich dreszczy, a przy tym było mi tak niedobrze, że popiłam paracetamol miętą :))
to było jak objawy grypopodobne występujące na początku stosowania interferonu...tylko niewyobrażalnie gorsze...
na szczęście wydarzyło się raz, więc uznałam to za chwilowe osłabienie...z którym powiązałam taką reakcję po zastrzyku...a że to było prawie miesiąc temu...to już dawno nie pamiętam...
wracam z oddziału, uzbrojona w nową partię, następnego dnia mam zastrzyk...wyciągam oprzyrządowanie :) i co się okazuje... ze fiolki i strzykawki z partii starszej (pasującej do pierwszego wstrzykiwacza), a igły z nowszej (nie pasujące do starszego wstrzykiwacza:) )
sprawa nie wyszłaby na jaw, gdybym zastrzyki robiła ręcznie...nawet bym nie zauważyła....ale, ze ja zmechanizowana jestem... to od razu coś...w coś nie chciało się dopasować :)
telefon do siostry oddziałowej...
Pani Ania przeprasza i pyta, czy mogę miesiąc ręcznie zastrzyki robić...odpowiadam, że tak, a potem cały miesiąc czekam....żeby się już skończył :)
... pierwszy zastrzyk bez pistoletu...był w brzuch...nie bolało, ale zbyt długo trwało...:( siedzę ze strzykawką w brzuchu...i czuję, że zaczyna brakować mi powietrza :) to oczywiście, głównie w głowie brakowało :) no ale zaczynam oddychać głębiej, igła z każdym oddechem bardziej się rusza...
...więc dostrzegam jakiś dotąd niezidentyfikowany komizm tej sytuacji, zaczynam się śmiać...
taka sytuacja (już bez śmiania) przytrafiła mi się ponownie przy zastrzyku po lewej stronie brzucha...nigdzie indziej nie...
...były jeszcze zastrzyki, który wykonywał mąż... jego pierwsze :) mąż dlatego, że miało być w cztery litery...a ja z gumy to zbyt bardzo nie jestem...
mnie stresowało to, że nie będę widzieć (bo z tyłu) [czyt. nie będę mieć kontroli, nad tym co się dziej;)] i, że M. jeszcze tego nie robił... powiedziałam, że drugiego półdupka mężowi nie oddaam :)... podobno zbyt bardzo się ruszałam :))
jak na pierwszy raz nie było źle, ale ja w związku z tym, że nie skupiałam się na robieniu zastrzyku, to wszystko inne odczuwałam mocniej....
potem się jednak zdecydowałam oddać strzykawkę w męża ręce ponownie...ale chyba na pewno nie będzie trzeciego razu :)) a w ogóle to od dzisiaj mam już wszystko do wszystkiego pasujące, więc można robić wstrzykiwaczem :)
na oddziale spotkałam Gosię, dużo czasu pochłonęła nam dzisiaj wizyta na oddziale, więc zdążyłyśmy szybko podzielić się wieściami minionego miesiąca :)) za miesiąc się nie spotkamy...bo nam się ilości interferonu nie zgadzają :) ale żeby nic nie stracić umówiłyśmy się, że się umówimy :) ... na kawę :)
jeszcze miałam taaaaką jedną noc w minionym miesiącu...przeziębiona byłam, gardło bolało...nawet miałam temperaturę, co ostatnio zdarzyło mi się w dzieciństwie...i to przed klasówką...jak wsadziłam termometr do herbaty :)
przeziębienie przeziębieniem...zastrzyki trzeba robić...ledwo zrobiłam, ledwo zapakowałam się do łóżka, dostałam takich dreszczy, a przy tym było mi tak niedobrze, że popiłam paracetamol miętą :))
to było jak objawy grypopodobne występujące na początku stosowania interferonu...tylko niewyobrażalnie gorsze...
na szczęście wydarzyło się raz, więc uznałam to za chwilowe osłabienie...z którym powiązałam taką reakcję po zastrzyku...a że to było prawie miesiąc temu...to już dawno nie pamiętam...
poniedziałek, 27 października 2014
Witek Szacoń - SMka
...kilka dni temu pierwszy raz wysłuchałam i... popłakałam się...
płakać, to niespecjalnie dobre określanie...mi po prostu zaczęły lecieć łzy... takie uprzątające rzeczywistość łzy :)
...przez 3 minuty 21 sekund przez głowę przemknęły mi wszystkie osoby, które w jakiś sposób są ze mną...SMką
...przez 3 minuty 21 sekund byłam oczarowana ogromem miłości...
...przez 3 minuty 21 sekund....myślałam, o chorych, którzy nie mają wokół siebie osób, "które znajdą siły, by móc go zawsze pchać"
...każdy chory na stwardnienie rozsiane zasługuje na taką "piosenkę" i potrzebuje takiej "piosenki"... na co dzień...od najbliższych...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
